Translate

31 stycznia 2016

Czas decyzji

Czasami faktycznie potrzeba tylko kogoś, kto jedynie lekko popchnie, lub czegoś, co zainspiruje i sprawi, że wątpliwości po prostu znikną. Jestem raczej dość niezdecydowana, a wszelkie decyzje przeważnie odkładam na ostatnią chwilę i tak mam ze wszystkim. W zasadzie zawsze potrzebowałam dodatkowego bodźca, który by mi pomógł podjąć ostateczną decyzję. Nie inaczej było w przypadku mojego wyjazdu.




Pomysł, żeby w końcu zrealizować moje marzenie i wyjechać do Indonezji narodził się trochę ponad pół roku temu. Stwierdziłam, że w sumie czemu nie, że chyba dam radę, ale zawsze jeszcze pozostało dwa tysiące ALE, które nie pozwalały mi się rzucić na głęboką wodę i ostatecznie zdecydować. Szczęśliwie dla mnie zainteresowałam się wtedy książkami Beaty Pawlikowskiej i w moje ręce wpadły dwie nowe pozycje – Blondynka na Jawie oraz Blondynka na Bali. Przechadzając się pewnego upalnego dnia po księgarni, jedna z nich rzuciła mi się w oczy. Jak tu nie wierzyć w znaki?


Najpierw pochłonęłam jednym tchem Blondynkę na Jawie. Pech chciał, że skończyłam czytać w środku nocy i musiałam czekać aż do rana, żeby popędzić po drugą część, więc Blondynkę na Bali pochłonęłam drugim tchem. Jeszcze nigdy nie miałam okazji przeczytać żadnej książki z wyprawy do Indonezji. Ogólnie wiedziałam sporo od moich przyjaciół, ale nigdy nie miałam okazji przeczytać o faktycznych doświadczeniach Polki podczas podróży.


Z lektury kilka miejsc zapadło mi szczególnie w pamięć. Na pewno muszę zobaczyć świątynie Borobudur i Prambanan w Yogyakarcie. Zmieniłam też zdanie odnośnie wulkanów. Początkowo chciałam ich unikać, a teraz jednak chciałabym jakiś zobaczyć z bliska, bo opisy Bromo mnie totalnie zachwyciły. Co do Bali, to lektura potwierdziła moje obawy, że jest zepsute przez turystów. Jednak i tak chciałabym się sama przekonać jak jest naprawdę, bo Bali od zawsze było moim wielkim marzeniem.

*na zdjęciach fragmenty książki Beaty Pawlikowskiej Blondynka na Bali.

Książki Beaty Pawlikowskiej były dla mnie dodatkową inspiracją. Są napisane w taki sposób, że czytając, czułam się jakbym tam już była. Dały mi zupełnie nowe spojrzenie, punkt odniesienia oraz najważniejsze – dały mi wyobrażenie czego faktycznie mogę się spodziewać. Mając w pamięci, że po Indonezji lepiej się podróżuje bez ścisłego planu, bo jakoś na pewno będzie, już bez stresu i lęku mogę powiedzieć – Indonesia, I'm coming! (tłum. Indonezjo, nadchodzę!).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz